more_horiz
RCKL

Marokański trans z Paryża

Ostatnia aktualizacja: 19.02.2019 09:00
Suficki trans z wioski położonej w marokańskim paśmie gór Rif fascynuje od lat...
Okładka płyty The Master Musicians of Joujouka Live in Paris
Okładka płyty The Master Musicians of Joujouka "Live in Paris" Foto: mat. pras.

Ponad… tysiąca lat, bo według niektórych źródeł muzyczna tradycja z Joujouki przekazywana jest niezmiennie, z pokolenia na pokolenie, od VIII wieku (inni powołują się nawet na 4000 lat historii). Świat odkrył Marokańczyków w drugiej połowie ubiegłego wieku. Pierwszym, który zachwycił się mistycznym transem, był Paul Bowles. Ten ściągnął na jego trop innych: Briona Gysina, Williama Burroughsa i wreszcie Briana Jonesa. Gitarzysta The Rolling Stones wyprodukował kultowy już dzisiaj album „Brian Jones Presents the Pipes of Pan at Joujouka” (nagrania koncertowe z 29 lipca 1968 roku).

Fama poszła w świat, powodując także perturbacje w mateczniku samych muzyków. Od ponad 20 lat marokańska wioska tworzy dwa - zwalczające się i nie utrzymujące ze sobą kontaktów - obozy. Powodów sporu jest wiele - choćby to, jaką ortografię należy przyjąć ("Joujouka" czy "Jajouka"?). W efekcie mamy dwa zespoły: Master Musicians of Jajouka prowadzony przez Bachira Attara (którego ojciec był liderem grupy w latach 60., gdy do wioski przybył Brian Jones) oraz Master Musicians of Joujouka powołujący się na dziedzictwo Mohammeda Hamriego (marokańskiego bitnika, który odpowiada za ściągnięcie w góry Gysina i Bowlsa). Ci pierwsi są towarem eksportowym – jeżdżą po świecie (grali także w Polsce), chętnie występują z różnymi muzykami (m.in. Billem Laswellem). Ci drudzy stoją na straży tradycji, bardzo rzadko opuszczają wioskę, organizując w niej od dziesięciu lat ekskluzywny festiwal (w którym może uczestniczyć maksymalnie 50 obserwatorów ze świata).

Z naszego europejskiego punktu widzenia marokańska schizma pewnie nie ma aż takiego znaczenia, dla autochtonów to sprawa honoru. I kwestia opowiedzenia się po jednej ze stron.

Zaproszenie od The Master Musicians of Joujouka wyłącza nas z codziennych spraw. Nic nie jest już tak istotne, jak zatopienie się w tych dźwiękach. I właśnie owa sztuka „wciągania” obiorców w rytuał, bez względu na poziom ich wtajemniczenia, udaje się Marokańczykom znakomicie. Jacek Hawryluk

Te wyjaśnienia są kluczowe, niniejszy album to bowiem jedna z nielicznych okazji do posłuchania tych drugich, czyli zespołu, który poza wioską niemal nie koncertuje. W przeciwieństwie do biznesu Bachira Attara tę frakcję Marokańczyków bardzo trudno namówić na publiczne występy. Ale to do nich, a nie Attara, zgłosili się kuratorzy wystawy „Beat Generation” prezentowanej w paryskim Centre Pompidou. I to właśnie tam 14 września 2016 roku zarejestrowano ten koncert. Muzyka na „Live in Paris” swymi emocjami, nasyceniem, powtarzalnością wprowadza w stan permanentnego transu. Jest rodzajem doznania, przy którym nic innego się nie liczy. Zaproszenie od The Master Musicians of Joujouka wyłącza nas z codziennych spraw. Nic nie jest już tak istotne, jak zatopienie się w tych dźwiękach. I właśnie owa sztuka „wciągania” obiorców w rytuał, bez względu na poziom ich wtajemniczenia, udaje się Marokańczykom znakomicie.

Album „Live in Paris” ukazał się w 2018 roku w limitowanym nakładzie z okazji wyjątkowego tournée grupy w Japonii. Do reszty świata płyta dotrze dopiero w tym roku. To jedyna okazja, by szersza publiczność poznała ich brzmienie, obie letnie edycje festiwalu w wiosce sprzedały się bowiem na pniu (w tym roku impreza zatytułowana „A Requiem for Brian Jones” odbędzie się w 50. rocznicę śmierci gitarzysty).

A więc Jajouka czy Joujouka? Jak się okazuje, nawet taki drobiazg czyni różnicę…


"Live in Paris"

The Master Musicians of Joujouka

[Unlistenable Records 2018]

Ocena: 5/5

Autor: Jacek Hawryluk (Program 2 Polskiego Radia)

Czytaj także

Kel Assouf, czyli nowe idzie od pustyni

Ostatnia aktualizacja: 22.01.2019 09:00
Pustynia wciąga. Wysysa, uzależnia i bardzo komplikuje życie. I to bez względu na to, gdzie się akurat przebywa...
rozwiń zwiń